Dzisiaj jest: 23 Maj 20193,344,406 Unikalnych wizyt









Archiwum www.hutnik.krakow.pl:





Zapamietac?

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Byliśmy tam od tego... (+ zdjęcia!)


GlobeTrotters'02

Mroźny, lutowy wieczór. Otwarty zarząd stowarzyszenia w C-2 Południe Cafe. Zebrani kibice żywo dyskutują na temat przygotowań do rundy wiosennej i o szansach Hutnika na awans. Jednak siedzący przy jednym ze stolików Globetrottersi wybiegają w czasie dużo dalej.

-Paweł, pamiętaj, że mecz Hutnika w weekend 8/9 września musi być w niedzielę! - wołają do prezesa. Mało kto wie o co chodzi. Oni wiedzą doskonale. Na niedzielę właśnie zaplanowali powrót z wyjazdu


do Czarnogóry.


Nie miał to być pierwszy wyjazd w naszym, hutniczym gronie na kadrę. Hutnik był obecny sporą grupą m. in. i na Słowacji i w Serbii i na licznych potyczkach w Polsce. Wniosek został wyciągnięty jeden: jeżdżenie na sam mecz i wracanie bezpośrednio po nim nie ma absolutnie żadnego sensu. Postanowiliśmy więc wynająć nocleg, zarówno przed jak i po piątkowym meczu w jednym z nadmorskich kurortów. Z obliczeń wynikało, że dwie noce spędzimy w autokarze. Bajka. Pozostało zamówić autokar, zarezerwować hotel, zebrać ludzi i zaliczki. Zainteresowanie było spore, lecz kilka, wydawałoby się pewnych osób, odpadło tuż przed wyjazdem, zaś parę osób doszło w ostatniej chwili. Stanęło na 47 fanach w tym 9 kibicach Stomilu Olsztyn. W tyle właśnie osób w doskonałych humorach pakujemy się w środowe popołudnie do autokaru. Nastroje próbowali nam popsuć


durni kierowcy


bredząc o konieczności paszportów, zakazie picia alko w pojeździe, a nawet braku możliwości... jedzenia na pokładzie w czasie jazdy. Straszyli też, że jak w 21 godzin nie dojedziemy do celu, to po prostu staną w miejscu! Nie udało im się to zbytnio i wraz z nastaniem zmroku oddajemy się imprezowemu klimatowi podróży... Potęgowały go urodziny obchodzone przez jednego z fanów Hutnika i jednego ze Stomilu. I tak oto wesoła olsztyńsko-nowohucka gromada przekraczała kolejne granice. Nasz aplauz nie spodobał się dopiero celnikom serbskim. Stwierdzili, że nie chcą nas zbyt długo u siebie i dostaliśmy... eskortę! Minęliśmy ten nieciekawy kraj dosyć szybko. Potem czekała nas już tylko granica czarnogórska... Tu mundurowi byli jeszcze mniej zachwyceni naszymi humorami. Przeszukali dokładnie cały autokar m.in. wyciągając cały zapas... Oddali go nam później, na szczęście dla swoich wątrób. Dobrze, że takich pomysłów nie było wcześniej, np. na granicy polsko-słowackiej. Mogłaby być z tego niezła afera przemytnicza. Jedziemy dalej niemrawo, towarzyszy nam jedyna wzięta na pokład płyta, za oknami ukazują nam się coraz ciekawsze


górskie krajobrazy


jakich próżno szukać w naszych Tatrach. To był jednak dopiero przedsmak tego, co czekało nas po dotarciu nad Adriatyk... Kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż morza większość nas przejechała z opadniętą szczęką. Coś pięknego. Uroku dodawały też palmy i wszędobylskie skały. Warto dodać, że mijane turystyczne miejscowości (np. Bar) robiły na nas dużo lepsze wrażenie niż minięta wcześniej stolica. Kierowcy oczywiście strasznie się wleką, eskorta, którą nadal mamy, nie pomaga w dotarciu do mety. W końcu po minięciu typowo miejskiej części naszego celu, czyli Ulcnj, docieramy do naszej bazy. A raczej kilkadziesiąt metrów niżej, bo pod sam hotel mieliśmy bardzo strome podejście. W końcu możemy ulokować się w naszych apartamentach. Szczęśliwcy zameldowali się w pokojach z kapitalnym widokiem na zatokę. Szybkie ogarnięcie się i ruszamy


na miasto


zwartą grupą. Ludzi, w różnych kolorach skóry, przewija się sporo. Sklepy, bary, restauracje pootwierane ale jakoś nie czuć klimatu imprezy. I jak się okazało lekka zamuła to znak rozpoznawczy miejscowych kozojebców. Naszą uwagę przykuwa kilku bacznie się nam przyglądających młodzieńców. Szybko udaje nam się rozkminić, że to nie kto inny jak... tajniacy. Towarzyszyli nam na każdy kroku, nie kryjąc się z tym, że nas śledzą. Było ich sporo, gdy rozdzieliliśmy się na mniejsze grupy to każda dostała swoich. Obserwowali nas też milicjanci w mundurach siedzący w knajpie. Ale raczej nie przeszkadzali nam w poznawaniu okolicy i balandze. Jedni poszli jeść, inni zdecydowali już teraz skorzystać z kąpieli. Ceny w knajpach i sklepach porównywalne do polskich. Jedzenie znośne ale nie rzucało na kolana. Pizza normalna, kebab taki raczej domowej roboty (bułka+mięso). Ciekawe były paszteciki na ciepło. Znaleźliśmy tylko jeden rodzaj czarnogórskiego piwa – Niksicko, które trzeba przyznać, że smakuje bardzo dobrze. Spotykamy kilku Polaków ale nie są to kibice. Miejscowe kobiety prezentują się na poziomie, urodziwe i zadbane aczkolwiek jakoś takie... mało towarzyskie. Pecha miał jeden amant od nas, który zagadał jedną z przchadzających się niewiast „How much?” na co usłuszał „A wp...ol chcesz?!”. Trafił na Polkę. Ich strata. Nie zrażeni tym oddajemy się nocnemu melanżowaniu. Byliśmy jeśli nie najwidoczniejszą to na pewno najgłośniejszą grupą bo


nasze śpiewy


opanowały cały kurort. Zwłaszcza wokalny pokaz dała ostatnia grupa wracająca do hotelu i przenosząc zabawę na taras. A architektura i położenie miejscowości sprzyjało wychwalaniu naszych barw – echo dobrze niosło się po okolicy. Nazajutrz szybka pobudka, śniadanie i ruszamy na plażę. Tam sporo osób korzysta ze słońca i temperatury (31 stopni) jednak jakoś tych kręcących się dzień wcześniej dam nie widać, kąpały się za to baby w ubraniach, które właśnie wyszły z pobliskiego meczetu. Ale nikt nie był nam w stanie przeszkodzić używaniu lata na całego. Chłodząc się co jakiś czas lodami i radlerami wylegujemy się na plaży korzystając też z takich atrakcji jak rowerki wodne i łódki. Jest bardzo błogo jednak w pewnym momencie zaczynamy myśleć już o zbliżającym się meczu... Otrzymujemy już pierwsze telefony o tym, że kilku ekip nie wpuszczono nawet przez granicę. Szybki obiad i zbieramy się na mecz. Jesteśmy ubrani w koszulki


Nowohuccy Patrioci


z godłem Polski i herbem Hutnika, prezentujemy się bardzo konkretnie. Od samego Ulcnj dostajemy eskortę. Droga mija spokojnie aż do rogatek Podgoricy. Tam czekają już na nas uzbrojone po zęby oddziały milicji. Pytają o bilety, których nie mamy i które zamierzaliśmy nabyć w kasach. Mimo najszczerszych chęci i wysiłków nie jesteśmy w stanie nic wskórać. Nie pomogły nic telefony do ambasady. Jak się dowiadujemy, bilety nie będą sprzedawane w dniu meczu dla Polaków na wniosek... PZPN-u. Nasze wk...e sięga zenitu, robi się nerwowo ale nic nie wywalczyliśmy i zostajemy zawróceni. W podłych nastrojach ruszamy z powrotem. Postanawiamy obejrzeć mecz gdzieś po drodze. Udało się zjechać na jedną ze stacji benzynowych i, mimo protestów milicji,


opanowujemy pizzerię,


która była do niej przyległa. Kupujemy piwa, zamawiamy pizze i inne miejscowe specjały min. pirożkę. Część ogląda mecz, część ma to gdzieś. Zjechało się sporo kasków, proponują nawet, że zawiozą nas do wypasionej knajpy z wielkim telebimem ale kwitujemy to śmiechem. Od czasu do czasu śpiewamy, ale raczej nie jest to doping dla reprezentacji. Po meczu pakujemy się do autokaru i jedziemy do miasta. Oczywiście większość nie ma zamiaru spać. Ludzi na ulicach nieco więcej ale dalej jest niemrawo. Spotykamy kilka osób z Legii Warszawa, którzy weszli na mecz. Sztuka ta udała się też 9 osobom ze Stomilu, które dotarły busem i 1 kibicowi Hutnika, który dotarł sam z flagą. Gdy większość barów i pseudodyskotek (od jednego z barmanów otrzymujemy informację, że policja nakazała zamknąć wszystkie kluby trzy dni przed i trzy dni po meczu z Polską) jest już zamknięta wracamy do hotelu. Plan był taki, że mieliśmy iść spać a na drugi dzień ruszyć jeszcze raz nad wodę. Z planu wyszło tyle, że większość oczekiwała poranka na tarasie. Śpiewów oczywiście nie zabrakło. Oburzyło to mieszkańców miasta do tego stopnia, że wydzwonili właściciela hotelu przyjechał do nas by... otworzyć bar, w którym mieliśmy kontynuować bibę tak aby być choć trochę ciszej. Rano, zgodnie z planem, ruszamy na plażę. Towarzyszy nam jeden z hitów wyjazdu czyli „jesteśmy tu od tego, żeby wk...ać was


na całego!”


śpiewany do tubylców niepocieszonych faktem naszych wiecznie dobrych humorów. Wracamy na śniadanie do hotelu. W międzyczasie kilku naszych najbardziej medialnych fanów udziela wypowiedzi ekipie... Panoramy. Potem już tylko pakowanie, ostatnie zakupy i ruszamy do Polski. Po drodze umilają nam czas filmy min. nabyty w Czarnogórze film przyrodniczy. Wleczemy się przez Czarnogórę blisko 6 godzin. Na granicy z Serbią zmuszeni jesteśmy czekać na eskortę. W międzyczasie mija nas bus Rakowa Częstochowa. W końcu wyruszamy. Jeszcze w Serbii zatrzymujemy się na posiłek, który bardzo się przeciąga. Baba musiała ubić i usmażyć kotletów dla 40 chłopa... Droga się dłuży. Potem jeszcze śniadanie na Słowacji i wjeżdżamy do Polski. Czas jest nieubłagany. Postanawiamy jednak, że jeśli będzie choć


cień szansy


na obejrzenie przynajmniej minuty meczu w Starachowicach to jedziemy. O 15:30 zajeżdżamy do Nowej Huty, o 15:35 w 4 osoby wyruszamy w trasę... O 16:00 jesteśmy w Miechowie, o 16:13 Hutnik przegrywa już 2:0. O 16:30 mijamy Jędrzejów. O 17:00 przejeżdżamy koło Kielc. Na 17:30 w końcu meldujemy się w Starachowicach. Trochę błądzimy ale udaje się w końcu dojechać pod stadion Staru. A tu niespodzianka – nie chcą nas wpuścić! Dwa mecze poza stadionem – tego by było za wiele na jeden weekend. Przychodzi prezes, któremu dajemy do zrozumienia, że nie ma opcji abyśmy nie weszli. Wchodzimy do klatki w 80 minucie. Tam jest już niespełna 50 naszych fanów. Oglądamy kilka akcji, min. dobre sytuacje na wyrównanie. Niestety Hutnik przegrywa 2:1. Dodajemy otuchy piłkarzom i zawijamy się ze stadionu, pod którym czeka już na nas kilku naszych w tym dwóch też z wycieczki do Czarnogóry. Dojechali tuż po


końcowym gwizdku


sędziego. Zdarza się... Ruszamy z powrotem obserwując chyba jeszcze większy bajzel na budowie „7” niż gdy jechaliśmy tędy do Bodzentyna. Droga powrotna mija szybko, bo czymże jest 170 km. w porównaniu co przejechaliśmy przez poprzednie parę dni? W Hucie jeszcze tylko szybkie piwo i rozchodzimy się do domów zregenerować się. Fizycznie tez ale zwłaszcza psychicznie po kilkudniowym ryciu mózgów w hutniczym gronie. Chociaż... czy w ogóle da się być jeszcze


bardziej zrytym...?


Galeria autorstwa rekinh (kliknij żeby zobaczyć całość)


 






GDF, 12 wrzesień 2012 23:05:04 11 Komentarzy ˇ 2795 Czytań


Komentarze


lucero dnia 13 wrzesień 2012 09:12:31

Respect
NHKS dnia 13 wrzesień 2012 11:11:32

smiley Emocji Wam nie zabrakło! smiley
mrV dnia 13 wrzesień 2012 17:04:32

foty zapodajcie smiley
Alex dnia 13 wrzesień 2012 19:23:55

Dokładnie. Opis długi i ciekawy, ale czegoś brakuję... zdjęć.
kumaty hóligan dnia 14 wrzesień 2012 02:09:04

no, kolega, twarzówek chyba nie oczekujesz?
huteusz dnia 14 wrzesień 2012 10:45:48

Przecież twarze można zamalować smiley
Alex dnia 14 wrzesień 2012 14:24:47

Dokładnie. A mnie bardziej chodzi o widoki.
GDF dnia 14 wrzesień 2012 20:40:15

beda niebawem
huteusz dnia 14 wrzesień 2012 21:32:42

i są smiley
NHKS dnia 15 wrzesień 2012 11:05:54

Gęsto często bywa tak że gdy jest naprawdę dobra zabawa i coś ciekawego się dzieje wtedy nikt nie myśli o robieniu zdjęć, a jak wiadomo kibole Hutnika zawsze lubieli się dobrze zabawić na różne sposoby, tak było kiedyś i tak jest i dziś smiley
Borcuch dnia 16 wrzesień 2012 20:19:28

O ku**a! To tam chyba jeszcze większa psiarnia jak u nas. Żeby tak robić w ch**a kibiców.
Dodaj komentarz


Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Designed by Szymon Dziukiewicz. Powered by PHP-Fusion Strona Glowna | Forum | Galeria | Hutnik TV | Klub | Stadion | Kibice